Dziś nie będzie optymistycznie. Dwa dni temu potłukłam się ponownie na tysiąc kawałków, i … muszę posklejać to swoje popękane serce. Teraz jest już trochę lepiej, nie snuję się z kąta w kąt po mieszkaniu, nie płaczę ukradkiem. Jest mi po prostu zwyczajnie smutno… mam w sobie żal, nawet nie wiem do kogo Czy bardziej do siebie i swojego organizmu czy też do świata, który rzadko jest sprawiedliwy. Jednak uprzedzam, że jeżeli nie czujesz się na siłach, masz zły dzień i nie chcesz czytać o sprawach smutnych to najzwyczajniej kliknij krzyżyk w górnym, prawym rogu.


Od ponad pięciu lat leczę się i robię wszystko, abyśmy z Mężem mogli zostać rodzicami. Zresztą byliśmy ze sobą dopiero miesiąc, gdy zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy. Pamiętam do dziś, jak po pierwszej wizycie u endokrynologa wyszłam po prostu podłamana z jego gabinetu, po tym wszystkim, co mi powiedział na temat problemów ze staraniami o dziecko. Nie zapomnę tego jak patrzyłam w oczy Osobistego, i wykładałam przysłowiową kawę na ławę, aby wiedział czy chce brnąć dalej w ten związek. Musiałam jemu o tym wszystkim powiedzieć już na samym początku, jak tylko się o tym dowiedziałam, żeby wiedział, choć wtedy jeszcze nie było wiadomo jak potoczy się nasza historia, jednak musiał wiedzieć w jaki związek się angażuje. Od ponad dwóch lat jesteśmy małżeństwem i tworzymy swoją małą rodzinę. Wiem, że dla niektórych osób rodziną jest się dopiero wtedy, gdy pojawi się dziecko, ale nie dla mnie. Wraz z niedoczynnością wykryto u mnie zespół policystycznych jajników, z czasem pojawiła się trzecia choroba często współistniejąca – insulinooporność.

Nikt prócz nas, nie wie jak bardzo pragniemy być rodzicami… mój Mąż często radzi sobie lepiej w tych kwestiach, a we mnie po prostu buzują emocje. Czasami upadam na chwilę, żeby zaraz znowu się podnieść i starać się dalej, ale dwa dni temu po prostu coś we mnie pękło. Coś uśpiło mój radar ciążowy, ale gdy mój Mąż spojrzał mi w oczy i powiedział mi, że musi mi coś powiedzieć już wiedziałam co się szykuje. Ba! Wiedziałam już nawet kto spodziewa się dziecka! Okazało się, że jego brat będąc dwa miesiące po ślubie, za osiem miesięcy zostanie tatą. I to nie jest tak, że się nie cieszę ich szczęściem. Cieszę się i szczerze im gratuluję, ale robię to wszystko ukrywając swoje emocje i swój żal. Niestety należę do tych kobiet, które na takie wiadomości reagują po prostu płaczem, jak się dowiaduję o tym znienacka przy wszystkich, przyklejam uśmiech nr 5, gratuluję i ukradkiem idę w jakieś bezpieczne i komfortowe miejsce najzwyczajniej w świecie płacząc. Gdy dowiaduję się o tym od swojego Męża,  jedyne co robię, to płaczę chowając twarz w jego ramionach. I tak było właśnie dwa dni temu… Stojąc dziś rano przed lustrem, zdałam sobie sprawę z tego, że widać jak moje oczy po brzegi przepełnione są smutkiem, i taką pewnego rodzaju pustką.

Czasami nie radzę sobie ze swoją niepłodnością, zwłaszcza wtedy, gdy w najbliższym otoczeniu, ktoś spodziewa się dziecka. Często muszę to rozgrywać na swoich zasadach, wyjść przed szereg i pogratulować nawet wtedy, gdy o ciąży dowiedziałam się od kogoś innego. Boję się tego, że w innym przypadku mogę nie dać rady powstrzymać swoich emocji za każdym razem, gdy znowu ktoś inny, a nie my zostanie rodzicami. I to jest właśnie ta sprawiedliwość, a raczej jej brak… bo zawsze uda się komuś innemu, a nie nam.

Nasza droga do dziecka jest bardzo długa i spotykamy na niej dużo przeszkód. Czasami upadamy na chwilę, ale zaraz podnosimy się i walczymy dalej. Jedno jest pewne, cały czas wierzymy w to i mamy nadzieję, że kiedyś nadejdzie ten dzień kiedy będziemy mogli tulić w ramionach nasze dziecko.