Po kilku miesiącach nieprzerywalnego czytania książek w formie elektronicznej na czytniku, który swoją drogą padł i odmówił jakiekolwiek współpracy kilka tygodni temu (został już reaktywowany*) – z ogromną przyjemnością wróciłam do tradycyjnych książek.

Aż z pewnego rodzaju namaszczeniem przewracałam strony, delektując się każdym słowem tak długo, jak tylko było to możliwe. Czytając jeszcze Bestię. Studium zła. Magdy Omilianowicz, wiedziałam, że potrzebuję odpoczynku nie tylko od kryminałów, ale od brutalnego postępowania Leszka Pękalskiego i historii tych wszystkich skrzywdzonych kobiet – i postanowiłam, że sięgnę po Wiśniewskiego. Po raz kolejny zaczęłam czytać Miłość oraz inne dysonanse, której tak naprawdę kilka lat temu nie skończyłam czytać – ale dziś nie chciałabym pisać o twórczości konkretnych autorów, tylko chciałabym poruszyć inną kwestię. Jaką? O tym już za chwilę.

SZELEST STRON

Odkąd pamiętam zawsze lubiłam czytać, choć kiedyś czytałam mniej niż w obecnej chwili. W moim rodzinnym domu czytało się dość sporo. Pamiętam, że jak byłam dzieckiem najlepszym prezentem była dla mnie książka i nigdy nie zapomnę, jak czytałam bajki na głos w starym, dużym fiacie 125, gdy jeździliśmy z mamą do dziadków. Nie miałam wtedy problemu z tym, aby jako pięciolatka podtykać mamie prowadzącej samochód książkę pod nos pytając jaka to literka. Gdy tylko już umiałam czytać moja Mama zapisała mnie do biblioteki. I to był mój raj. Oczywiście na bakier byłam ze wszelkimi lekturami, i w liceum nie przeczytałam ich zbyt wiele, zwłaszcza tych obowiązkowych. Dlaczego? To był chyba taki mój wewnętrzny bunt, bo nie przepadałam za tym, aby robić coś, co było mi nakazane odgórnie. Wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam czytać książki o obozach koncentracyjnych. Była to dość mocna literatura, ale potrafiłam godzinami siedzieć i czytać. Potem pojawiły się thrillery prawnicze Grishama, i tak powoli, małymi krokami rozwijał się we mnie taki mol książkowy. Nadal pomimo tego, że uwielbiam czytać thrillery i kryminały, bardzo lubię Anię z Zielonego Wzgórza, i wiem, że kiedyś w końcu kupię sobie swoje egzemplarze do domowej biblioteczki. 

 CZYTAM, BO LUBIĘ

Choć sama osobiście staram się czytać książki za każdym razem, gdy tylko pozwala mi na to sytuacja i najzwyczajniej w świecie mam na to czas, to mam pełną świadomość tego, że istnieje też sporo osób, które nie czytają książek praktycznie wcale, albo okazjonalnie. Wiele osób, które nie czytają książek, albo czytają bardzo sporadycznie twierdzi, że czytaliby więcej, gdyby książki były tańsze. Ale chwila… momencik… A biblioteki? Przecież za wypożyczenie książek się nie płaci, co najwyżej, gdy się jakąś przetrzyma w domu i nie odda w wyznaczonym terminie. Nawet te małe, wiejskie biblioteki są coraz lepiej wyposażone, i można znaleźć nawet nowsze książki, choć w ograniczonej ilości egzemplarzy. Niech cena książek nie będzie wymówką na ich nie czytanie, bo jeżeli ktoś chce czytać, to znajdzie na to sposób. Zaraz po ślubie, gdy się przeprowadziłam, w pobliskim mieście założyłam sobie kartę czytelniczą w dwóch bibliotekach. 

Można? Można! 

Tylko trzeba chcieć. 

 

* Historia z moim czytnikiem zakończyła się dobrze. Amazon ze względu na to, że było już ponad rok od zakończenia gwarancji prócz 5 funtowego rabatu nie był mi w stanie zaproponować nic innego, więc… mąż reaktywował mojego Kindle. Nie obyło się od ostrych narzędzi, aby odłączyć starą baterię, która była przyklejona (!) do pokrywki. Koszt nowej baterii to około 60 zł na allegro – zawsze to mniej niż nowy czytnik, bez którego pomimo tego, że jestem zwolenniczką papierowych książek w chwili obecnej ciężko byłoby mi się od niego odzwyczaić, ze względu na jego funkcjonalność.