Do napisania tego tekstu zbierałam się już od dłuższego czasu. Na początku nie chciałam tutaj o tym pisać. Jednak doszłam do wniosku, że nadszedł ten czas, kiedy chcę się z Wami podzielić pewnymi decyzjami związanymi z niepłodnością.

adopcja

DECYZJA

Na początku stycznia wraz z Mężem podjęliśmy jedną z ważniejszych decyzji w naszym małżeństwie. Postanowiliśmy, że nie będziemy się starać o dziecko za wszelką cenę. I jak się domyślacie nie mam tu wcale na myśli kosztów finansowych. Mój poprzedni lekarz stwierdził, że nawet jeżeli udałoby mi się zajść w ciążę to jest duże ryzyko poronień i istnieje zagrożenie życia zarówno dla mnie, jak i dla dziecka. 
 
Tak. Wystraszyłam się tego. I wspólnie podjęliśmy decyzję, że nie chcemy się starać za wszelką cenę. Nie kosztem życia zarówno dziecka, jak i mojego. Po trzech latach starań – wiem, że dla jednych to mało, a dla drugich dużo – jesteśmy w pełni świadomi tego, że jeżeli jakimś cudem udałoby mi się zajść w ciążę, i bym jej nie donosiła – to nie podnieślibyśmy się z tego psychicznie. Nie chcemy ryzykować.
 

PIERWSZY KROK

Niedługo miną już w zasadzie trzy miesiące odkąd zrobiliśmy pierwszy, mały krok do tego, aby zostać rodzicami. Adopcyjnymi rodzicami. Mniej więcej w połowie lutego udaliśmy się wraz z Mężem do pobliskiego Ośrodka Adopcyjnego. Dowiedzieliśmy się o szczegółach związanych z procedurą rozpoczęcia starań o adopcję. O zasadach panujących w danym ośrodku i formalnościach jakie musimy spełnić. Ku mojemu zaskoczeniu po raz pierwszy przed ważnym spotkaniem nie odczuwałam stresu. Nie denerwowałam się, tylko czułam same pozytywne emocje. Nie ukrywam, że po około godzinnej rozmowie, gdy wszystkie emocje opadły zaczęłam się przejmować tym, jak wypadliśmy.

PRZYGOTOWANIA

Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji. Jesteśmy w trakcie przygotowywania dokumentów, które trzeba złożyć w Ośrodku, aby rozpocząć cały proces. Niestety na chwilę obecną nie spełniamy wszystkich wymogów z powodu zbyt krótkiego stażu małżeńskiego. Zanim umówiliśmy się na pierwsze spotkanie zaczęliśmy rozmawiać z naszymi bliskimi o adopcji. O ile najbliższa rodzina z mojej strony wiedziała od dawna o naszych staraniach, o tyle z rodziną Męża, ten temat nigdy nie był poruszany (ale i tak myślę, że część się domyślała). Dlatego sukcesywnie informowaliśmy o tym, że myślimy o adopcji. Zależało nam na tym, aby każdy w jakiś sposób oswoił się z tą myślą. Nie ukrywam, że było to dla mnie dość stresujące i obawiałam się trochę tego jak zareaguje najbliższa rodzina ze strony Męża, ale nie potrzebnie.
 
Jeżeli chodzi o moje leczenie, to leczę się dalej, ponieważ chcę być zdrowa – i to jest mój główny cel. W chwili obecnej nie jest jeszcze tak, jak być powinno, ale jest o wiele lepiej niż w październiku. Dzięki temu biopsja na chwilę obecną nie jest konieczna. Przyjmuję nadal Duphaston na wywołanie miesiączek, i po raz pierwszy w życiu (a mam 31 lat) miesiączkuję regularnie. (Co prawda za sprawą hormonów, ale jednak.) Inna kwestia jest taka, że w końcu podczas badania usg było widać jakiekolwiek pęcherzyki.
 
Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale odkąd podjęliśmy tą decyzję i zrobiliśmy pierwszy, mały krok do przodu czuję wewnętrzny spokój – zresztą niejednokrotnie Wam o tym pisałam. Nadal mam problem z emocjami, gdy np. tak, jak ostatnio urodził się bratanek mojego Męża, ale to jest silniejsze ode mnie . I to nie jest tak, że nie cieszę się szczęściem innych. Z jednej strony cieszę się, ale z drugiej, gdy już zostaję sama z Mężem, to łzy same cisną się do oczu. Wtedy nie potrzebujemy żadnych słów…